Zapiski z Pirenejów

Zbiór moich luźnych zapisów z Pirenejów, zawierający moje przeżycia i refleksje z tejże wyprawy. Proszę nie spodziewać się zbytniej chronologii czy powiązań.

Hola!

Witajcie w Hiszpanii, kraju gdzie prawdopodobieństwo spotkania kogoś mówiącego po angielsku jest porównywalne ze spotkaniem kogoś mówiącego po chińsku. I nie ma naprawdę znaczenia czy to babcia na ulicy, kelner w restauracji przed którą powiewa dumnie flaga UE, czy pan w informacji na dworcu. Ale o dziwo idzie się z nimi dogadać, czasem nawet niesamowicie dobrze.

Witajcie w Hiszpanii, kraju gdzie wcale nie jest tak gorąco i słonecznie jakby się wydawało, że być powinno. Gdzie zupełnie różne klimaty i widoki mieszają się ze sobą i nie trzeba wcale daleko jechać być zobaczyć przejście jednego w drugi.

Kraju, gdzie mężczyźni przytulają się na powitanie czule. Sklepy są zamykane z okazji sjesty (trwającej przez większość dnia), niedzieli, bądź w ogóle ich nie ma.

Kraju, gdzie wino bywa tańsze od wody, napotkani ludzie próbują cię uczyć hiszpańskiego i pytają czy podążasz Camino de Santiago (Szlak Świętego Jakuba). A właściwie to najpierw pytali czy przyszliśmy z Polski pieszo. To drugie pytanie, było dziwne jak dla nas, wręcz niepokojące, czyżbyśmy wyglądali aż tak źle/dobrze coby posądzać nas o tak długą drogę? A te pytanie padło z ust niejednej osoby i brzmiało zupełnie serio. Czyżby więc znajdowali się tacy śmiałkowie? Dawniej szlak znaczony symboliczną muszlą zaczynał się już na Łotwie i biegł przez Polskę, Niemcy, Francję aż do Santiago de Compostela w zachodniej Hiszpanii. Tradycja zdaje się odradzać i wkradać się w serca ludzi.

Dziwne góry

Raz niesamowicie zielone, kiedy indziej o krajobrazie stepowym, a jeszcze gdzie indziej przypominające góry kaukaskie. Bardzo zróżnicowane są Pireneje. Jednak nie to jest dziwne. Dziwne jest podejście do ich oznakowania. Do pewnej granicy (niezaznaczonej nigdzie naturalnie) szlaki są przygotowane z niezwykłą starannością, są mostki mające bezpiecznie przeprowadzić turystę przez ministrumyczki, drogowskazy, od czasu do czasu wręcz odczucie, że droga jest nadmiernie oznakowana (pomijając oczywiście fakt, że wszystkie szlaki znaczone są na czerwono-biało lub przy użyciu żółtej kropki). Człowiek więc nabiera beztroski podążając taką drogą, która sprawia wrażenie, że sama się o wszystko zatroszczy. Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia szlak zanika (mimo że na mapie wciąż istnieje bez żadnych informacji o zmianie jego charakteru), a trudność ścieżki jaką człowiek podąża wydaje się nieproporcjonalna do dotychczasowej. Ścieżka jest oczywiście bardzo optymistyczną wersją wydarzeń. Z reguły trzeba pokonywać rozległe piargi, rozglądając się za śladami nielicznych kopczyków.  Mapy zresztą też zasługują na swoją historię. Często spotykamy się z trudnością kupienia dobrych (prócz miejscowości typowo turystycznych jak np. Benasque), z reguły są stare, nie do końca  odpowiadają rzeczywistości i kosztują po 10 euro.

Inne jest też podejście do gór niż w naszym kraju. Nawet turyści typowo rekreacyjni wychodzą świetnie przygotowani i wyekwipowani. Dużo jest dzieci, nawet tych małych niesionych przez rodziców w nosidełkach. Wszystkim Hiszpanom towarzyszy pozytywny nastrój.

 

„I przez tych murzynów uczciwy Polak kraść musi”

Na zachód od Barcelony, nad rzeką Segre, w środkowej Katalonii leży miasto Lleida (hiszp. Lérida) – punkt przesiadkowy w naszej dość karkołomnej przeprawie w centralne Pireneje. Lleida jest stolicą prowincji o tej samej nazwie, ośrodkiem przemysłu i usług oraz miastem pełnym zabytków sięgających swoją historią czasów rzymskich. W rzeczywistości budzi we mnie dość dziwne uczucia. Mamy tu bogatą aleję handlowa, kolorowe stragany na targowisku, ładne krużganki, ekskluzywne sklepy, pełno pootwieranych restauracji…tylko klientów i turystów jakby brak. Są za to tłumy imigrantów, brud, spojrzenia które czuję na sobie idąc i odczucie, że wszystko tu do siebie jakby nie pasuje.

Pomimo mnogości sklepów, znalezienie czegoś na kształt supermarketu jest trudne, bardzo trudne. Postanawiamy tymczasem zaopatrzyć się w jednej z licznych przydrożnych piekarni, gdzie można znaleźć pyszne gorące bagietki i słodkie precle.

Siedzimy na głównym placu, jest bardzo gorąco, nie chce nam się już nigdzie chodzić. Zajadam drugie śniadanie, popijać owocami z puszki. Podchodzi do nas młody Polak i częstuje nas jointem. Po czym dość szybko przechodzi do opowieści o swym trudnym i skomplikowanym życiu. Przyjechał do Espanii za pracą, siostrę zabrał, siostra zaszła w ciążę z Arabem, a ten Arab ją zostawił. Teraz biedna musi żyć z zasiłku w wysokość 800 euro. Bardzo to niesprawiedliwe, bo przecież ludzie z trzeciego świata dostają znacznie większe zasiłki. W ogóle wszystko to nieuczciwe, bo ci źli ludzie z Afryki prace zabierają innym równie potrzebującym imigrantom, stawki zaniżają i ogólnie źle im z oczu patrzy. Wkrótce dojdzie do wielkiego buntu, rzekł nasz nowy przyjaciel, po czym stwierdził, że wszak stąd nie wyjedzie bo gdzieś indziej pracy nie ma. Jednak mądry Polak w potrzebie zawsze sobie da radę, skoro skubani kapitaliście pootwierali drogie butiki  znaczy to, że za dużo pieniążków mają. Warto więc zostać współczesnym Robin Hoodem – bogatym zabrać, potrzebującym (czyli sobie) oddać.  Ale my przyjaciele z Polski obawiać się nie musimy, swoich przecież się nie okrada. A ogólnie to i tak mamy dużo szczęścia, bo usiedliśmy w jednym bezpiecznym miejscu w tym mieście, tak już dawno by nas okradli…

Zbieramy się na autobus, żegnamy się z naszym uroczym znajomym, który na odchodne pyta się jeszcze czy nie damy paru euro na piwo i naturalnie zaprasza do dłuższego pobytu w Lleidzie. Ale my wracamy w dzicz, chwilowy powrót do cywilizacji był chyba nazbyt brutalny.

 

 

W drodze na Tuc de Moliéres…

Rozbijamy namiot na 2350. Obok powinno stać schronisko – buda Refugio Molierés, ale 2 dni wcześniej zabrał je helikopter:) Została tylko 2-metrowa strzałka wymalowana na kamieniu.
Zastanawiamy się czy nie rozkładamy się za wcześnie, czy nie lepiej iść jeszcze dalej, ale wszystko wskazuje na to,  że wyżej będą już tylko kamienie, a na dojście do schroniska do którego  planujemy dojść w następnej kolejności może nie starczyć czasu, mimo że na mapie wydaje się ono tak bliskie. Tymczasem tu jest jeszcze trochę trawki komponującej się ładnie z przedziwnie porozrzucanymi głazami, śniegiem i strumyczkiem. Idylla na całego, niedaleko jest nawet jeziorko. Budujemy z kamieni wiatroszczelny murek dla naszego namiociku, zastanawiając się jak bardzo będzie zimno w nocy. Schodzący ze szczytu ludzie zazdroszczą nam naszego ślicznego miejsca noclegowego…
Głęboko zagrzebana w śpiworze i ubrana we wszystko co mam konsumuję przepyszne spaghetti, popijając je równie pysznym hiszpański winem za 1 euro. Wpadam na genialny pomysł dodania serka Hochland z kawałkami czegoś w środku do  spaghetti. Jest jeszcze pyszniej. Dopijam resztki wina i postanawiam odważnie wyjść ze śpiwora. Jestem w innym świecie, księżycowym. Wszystko jest białe – biały śnieg, białe kamienie, biała trawa pokryta szronem, biała gęsta mgła. Silny wiatr targa mi włosy.  Czuję przypływ mocy, po drugiej stronie strumienia jest takie fajne miejsce do wspinania, jak cudownie byłoby tam pobiec! Zastanawiam się czy umiem latać, ale ostatecznie decyduję się wrócić do namiotu…

Reklamy
6 Komentarzy

6 thoughts on “Zapiski z Pirenejów

  1. Hm, chyba jeszcze nigdzie nie czytałem tak pełnych emocji wspomnień z gór. Naprawdę świetne. Czekam na ciąg dlaszy :)

  2. Teraz tylko pytanie – czy to był sen czy rzeczywistość (zwłaszcza końcówka)?

    PS. Sugeruję przenieść ten tekst jednak do wpisów, bo do stron ludzie rzadko zaglądają i nie pojawia się taki materiał w strumieniu na głównej ani w RSSie. Możesz zrobić sobie po prostu kategorie (smaki i podróże) i potem zrobić menu: Strona główna (wszystko), Smaki (pokaz tylko kat. smaki), Podróże (pokaz kat. podróże). Jak już piszę o tym, to koniecznie dodaj jeszcze podstronę O mnie i Kontakt – ludzie zawsze chcą wiedzieć kto pisze i mieć możliwość chociaż wysłania wiadomości przez formularz :)

    • Kasia

      W sumie miałam kiedyś taki sen – też wszystko było białe i też wiał silny wiatr, w sumie to huragan. Tylko, że to była plaża. I też tańczyłam (choć tu nie tańczyłam, acz ochotę chyba miałam), a tańczyłam z Szatanem, niezwykle był uroczy i przystojny. Taki taniec życia i śmierci.

  3. O, coś tu się pozmieniało :). A ja nadal czekam na kolejne wpisy.

  4. No to wreszcie miałem czas przeczytać :). Historyjka z Polakiem genialna!. Może jakąś większą galerię do wpisu wrzucisz? Bo mało fotek przy całej tej barwnej opowieści :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: